W czasie pierwszego zjazdu wydarzyło się coś, co nie śniło się najstarszym góralom (12 II)

13 lutego 2020

Prawie półmetek naszych rekolekcji. Początek dnia podobny do poprzednich. Nawet poranny brewiarz nie wydaje się nam już taki trudny, jak na początku. Każdy z nas dobrze już wie, co i kiedy ma czytać. Po jutrzni modlimy się o powołania i rozmyślamy nad słowami zaczerpniętymi z Ewangelii.

Śniadanie dzisiaj musiało dostarczyć nam dużo kalorii. Dlatego, że czekała na nas niespodzianka. Ks. Łukasz K. przygotował dla nas jajecznicę „na bogato”. Duża ilość kiełbaski, cebuli i aromatycznych przypraw, miała sprawić, że każdy zje tyle, ile tylko zdoła. Trzeba było dobrze się najeść, ponieważ dzisiaj mieliśmy spędzić pół dnia na stoku. Ks. Łukasz A. sprawdził informację internetowe, a te był tym razem dla nas łaskawe. Pogoda się poprawiła i wyciągi znów zaczęły pracować.

Zaraz po śniadaniu mieliśmy chwilę na przygotowanie się i skompletowanie strojów.

O umówionej porze spotkaliśmy się przy samochodzie ks. Łukasz A. i po chwili byliśmy już w drodze do wioski Małe Ciche – dokładnie tam, gdzie ostatnio nie było nam dane skorzystać z białego szaleństwa.

Po przyjeździe na miejsce przywitała nas wspaniała pogoda. Nie traciliśmy więc czasu i zaczęliśmy wypożyczać sprzęt, ubierać go i kupować karnety. Duży natłok turystów sprawiał, że było trochę ciasno, ale w końcu i na nas przyszła kolei, by wjechać na górę i rozpocząć szusowanie. I to właśnie w czasie pierwszego zjazdu wydarzyło się coś, co nie śniło się najstarszym góralom. Trójka z rekolektantów przegrał walkę ze stokiem. Okazało się, że jazda na nartach wcale nie jest taka prosta. Po raz kolejny, w czasie turnusów SOP-u, w rolę ratownika i kierowcy ambulansu, wcielił się ks. Łukasz K., który z lekkim opóźnienie, ale jednak, odebrał niedoszłych mistrzów zimowego szaleństwa i odtransportował ich do domu zakonnego. Szkoda, ale pewnych rzeczy nie można przeskoczyć i jeżeli nie ma umiejętności, to nie ma co ryzykować. Na stoku został tylko jedne uczestnik spotkania wraz z ks. Łukaszem A., którzy korzystali ze sprzyjającej aury.

Po powrocie i obiedzie spotkaliśmy się na konferencji, którą poprowadził ks. Łukasz K. Przedstawił on nam etapy powstawania Eucharystii, pokazał, że Msza św. to nie wymysł ludzki, ale to sprawa Boża. Opowiadał o miejscach gdzie sprawowano pierwsze Eucharystie, o ludziach, którzy w nich uczestniczyli, w jaki sposób się modlili i oddawali cześć Bogu. Omówił też kwestię związaną z edyktem mediolańskim i co za nim idzie, ekspansją chrześcijaństwa.

Eucharystii przewodniczył ks. Anioł, a ks. Karasiński wygłosił homilię, w której scharakteryzował bolączki naszych czasów i powiedział, że to często w nich dopatrujemy się zła, nie zwracając jednocześnie uwagi, że wypadało zmianę świata, rozpocząć od zmiany siebie samego. Przychodzą na Eucharystię, możemy jak w zwierciadle, zobaczyć stan swojej duszy i dostrzec te aspekty, które wymagają jeszcze naszej korekty.

Po modlitwach zgromadziliśmy się na kolacji, która dzisiaj miała charakter szwedzkiego stołu – ktoś dojadał obiad, ktoś jadł warzywa, ważne, że nikt nie wyszedł z kuchni głodny.

Tematem przewodnim wieczornej rozrywki była gra planszowa „Kocham Cię Polsko”, która wymagała od nas rozległego zasobu wiedzy, którą nie zawsze potrafiliśmy wyartykułować. Gra była zacięta, ale ostatecznie zwyciężyła drużyna ks. Anioła. Zobaczymy jak będzie w kolejnych dniach.

Przed snem zgromadziliśmy się w kaplicy, aby uczestniczyć w adoracji Najświętszego Sakramentu. Te chwile spędzone przed Jezusem, obecnym wśród nas, pomagają nam w zrobieniu wieczornego rachunku sumienia i w spokojnym przygotowaniu się na spoczynek.